poniedziałek, 13 lutego 2012

Pan Szmatka, czyli przyjaciel na dobre i złe

Pan Szmatka, czyli przyjaciel na dobre i złe:

Przytulanka BARKPewnego niezbyt ciepłego jesiennego dnia moja żona postanowiła wybrać się na uwielbiany przez siebie shoppinG, przez duże G. Zazwyczaj nie oznacza to niczego dobrego, tym jednak razem było inaczej.

Ja z naszym 11-miesięcznym wtedy synem zostałem w domu. Bawiliśmy się jak zwykle w ekscytujące zabawy, takie jak: kuku aha, i maskotkowy teatrzyk, gdzie moja rola sprowadzała się do udawania głosów różnych zwierząt, które niezwykle intensywnie zabawiały naszego malucha. Cała ta zabawa znużyła w końcu mojego szkraba i po zjedzeniu zupki postanowił on odbyć rytualną drzemkę. Po jakimś czasie wróciła żona rozanielona udanymi zakupami, co zazwyczaj oznacza spore uszczuplenie naszego domowego budżetu.

- Zgadnij, co kupiłam dla Jasia - zawołała od progu.

Skąd mogłem wiedzieć. Ona wsunęła rękę do swojej wypełnionej po brzegi BARDZO ważnymi przedmiotami torebki i wyjęła z niej niezbyt duży kawałek szmatki. Wziąłem go do ręki, była miękka w dotyku, w kolorze, bo ja wiem, wyschniętej mandarynki. Miała przyszytą dość nieproporcjonalnie dużą głowę jakiegoś stworzenia. Do tej pory nie wiem, co to mogło być. Wszystko dokładnie przeszyte bez wystających nitek itp.

- Mordka przyjemna, ale co to właściwie jest? - zapytałem.

- No jak to? – zdziwiła się żona - Pan Szmatka!

- Aha, teraz wszystko stało się jasne. Pan Szmatka, czyli maskotka?

Po niedługiej chwili obudził się nasz maluch. Postanowiliśmy wejść do jego pokoju razem z nowym kolegą. Kiedy zobaczył Pana Szmatkę jego uśmiech zaczynał się na jednym a kończył na drugim uchu. Wyciągnął do góry ręce, tym jednak razem nie chciał wcale iść do nas, chciał nowego kolegę. Przytulił go mocno i dał mu buziaka w nos. Od tej pory Pan Szmatka stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Razem jemy posiłki, bawimy się itp. itd. Jaś nie wyobraża sobie snu bez swojego przyjaciela.

Tak intensywne eksploatowanie tej małej przytulanki wymaga dość częstego jej prania. Nie wiem czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, jak wielkie było zdziwienie naszego małego urwisa, kiedy zobaczył swojego kumpla w trakcie wirowania wewnątrz pralki. To była rozpacz, „ba ba bum bu ba bam bam", potok słów rozpaczy płynął z jego ust. Nie było łatwo mu wytłumaczyć, że jego przytulanka właśnie się kąpie i wcale jej to nie boli.

Innego razu żona postanowiła zabrać naszego łobuziaka do tak modnych teraz bawialni dla dzieci. Czas ten postanowiła wykorzystać na ponowne wypranie Pana Szmatki. Ja miałem wolny wieczór, poza wyciągnięciem go z automatu i powieszeniem, żeby zdążył wyschnąć przed wieczorem. Siedząc przed komputerem i pracując, oczywiście... zapomniałem. Zorientowałem się, kiedy spojrzałem na zegar. Była 18:15, a Jaś chodził spać o 19:15.

- O ... dziurka w serze - pomyślałem.

To była akcja jak z najlepszych amerykańskich superprodukcji. Kaloryfery odkręcone na maksa. Suszarka do włosów w ręce na pełnych obrotach. Pan Szmatka furgał na lewo i prawo pod wpływem gorącego powietrza. Ja zlany zimnym potem ratowałem sytuację. Po 30 minutach walki udało się, był suchy. W tym momencie przyszli do domu Jaś z mamą. Mały był już dość zmęczony i pierwsze czego szukał to oczywiście ukochanego przytulaka. Znalazł go na kaloryferze, gdzie Pan Szmatka przechodził ostatni etap suszenia. Ja odetchnąłem z ulgą, ale następnym razem na pewno nie popełnię takiego niedopatrzenia. Nie chcę nawet myśleć, co byłoby, gdyby Pan Szmatka uległ wypadkowi lub zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach.


„Perfekcyjna" mama

„Perfekcyjna" mama:

Kiedy na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski, był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Wtedy myślałam, że bycie mamą to będzie pestka. Jak bardzo się wtedy myliłam...

mama

Ciąża była wspaniałym okresem w moim życiu. Nareszcie miałam czas tylko dla siebie. Spałam do południa, gotowałam rozmaite pyszności, a co najważniejsze, byłam w centrum zainteresowania całej rodziny. To było naprawdę miłe. Wszystko sobie zaplanowałam, punkt po punkcie. Jak będzie wyglądał poród, pierwsze dni z maluszkiem no i całe nasze dalsze życie we troje. Taki mam już charakter, że lubię wszystko planować i z terminarzem się nie rozstaję. A przecież dobry plan to już połowa sukcesu. Więc... Perfekcyjnie wszystko sobie zaplanowałam, nawet to, jaką będę mamą. A jaką? Zorganizowaną, gotującą obiadki „3-daniowe", uśmiechniętą, cierpliwą i najlepiej na świecie zajmującą się własnym dzieckiem - CYBORG PERFEKCYJNĄ MAMĄ!

A kiedy jeszcze nie byłam mamą, wiele razy zdarzyło mi oceniać inne mamy za różne rzeczy, np. że dziecko nadal korzysta ze smoczka, że jeszcze nosi pieluszkę, że rodzice nie mają cierpliwości do własnych dzieci... itd. Lista przywar i błędów popełnianych przez znajomych i nieznajomych rodziców była bardzo długa.

A jak było w moim przypadku? Życie szybko zweryfikowało mój zapięty na ostatni guzik plan. Scenariusz okazał się znacznie gorszy niż mogłabym w ogóle zakładać. Poród okazał się totalną porażką i trudnym dla mnie przeżyciem. Był zupełnie inny niż sobie zaplanowałam i do tej pory jest mi z tym nie najlepiej, choć minęło już 1,5 roku. Już kilka dni po porodzie dopadła mnie depresja poporodowa, o której wcześniej myślałam w kategoriach fikcji, wymyślonej przez nieudolne mamy. A jednak nie...wybaczcie, drogie koleżanki. Pierwsze 6 tygodni były niezwykle trudne, bo cały czas nie potrafiłam w sobie znaleźć tej prawdziwej radości, którą powinno dawać macierzyństwo i o której tak wiele się mówi. Mąż za to na początku okazał się lepszym opiekunem i intuicyjnie wszystkowiedzącym tatą, mimo że nie przeczytał żadnej z tych książek, które ja chłonęłam każdego dnia. Jak dobrze mieć takiego męża. Z dumą patrzyłam na jego poczynania. Potem czekała mnie kolejna próba w postaci niekończącej się historii 4-miesięcznych kolek. Mogę śmiało stwierdzić, że jestem specjalistką od bujania, husiania i śpiewania kołysanek. Wtedy wydawało mi się też, że pomimo brak snu rano powinnam być rześka i gotowa do spełniania swoich matczynych zadań: gotowania, sprzątania, wychodzenia na spacery czy robienia zakupów. Pomysł popołudniowej drzemki nawet nie wchodził w grę, bo przecież "perfekcyjna" mama nie ma słabości. Tak wiele osób wpaja nam do głowy, że przecież każdy to przechodzi i jakoś sobie ze wszystkim daje radę. Więc jak tu okazać się gorszym, słabszym?

I tak mijał miesiąc po miesiącu. Wiecznie umęczona i coraz bardziej sfrustrowana mama mówi w końcu dość! Dochodzi też do niezwykle odkrywczych wniosków. Może nie zawsze wszystko musi być idealne? Bałagan w domu czy niewyprasowane pranie to przecież nie koniec świata. Ten czas lepiej poświęcić maluchowi, który pragnie bliskości i uwagi, który czeka na wspólny taniec z mamą do majkowych przebojów czy na szalone wygłupy na dywanie. Jego uśmiechy, całusy i magiczne słowo MAMA to dużo więcej niż poukładane w szafie, wyprasowane ubrania.

W tej chwili „perfekcyjną" mamę mam już za sobą. Rozumiem inne mamy, bo sama nią jestem, ze swoimi zaletami, wadami, sukcesami i błędami... Już nie patrzę z pogardą na spotkanego przypadkiem malucha ze smoczkiem w buzi. Mój syn do snu nadal go używa, i co z tego? Najwyżej ktoś kiedyś, podobnie do mnie myślący, coś sobie pomyśli.

Szybko zrozumie, że są ważniejsze rzeczy od bycia „perfekcyjna" mamą. Wtedy uśmiechnie się z pokorą i przyjaźnie do malucha ze smoczkiem. Jak teraz ja.

wtorek, 7 lutego 2012

Dziewczynka czy chłopiec? Ciotka, babcia, koleżanka prawdę ci powie

Dziewczynka czy chłopiec? Ciotka, babcia, koleżanka prawdę ci powie:

mama

Będzie syn!


Pupę masz już sporą – mówi moja życzliwa koleżanka – ciesz się – urodzisz chłopca.

Masz spiczasty, wysoko ułożony brzuch - możesz mieć PEWNOŚĆ, że będziesz mieć syna – mówi moja mama.

Jesteś dużo ładniejsza niż gdy cię ostatnio widziałam – kwituje dawno niewidziana koleżanka z pracy – chłopiec gwarantowany!

Jakie te twoje zupy są pikantne! – komplement ukochanej ciotki przy obiedzie – będzie syn!

Uwaga! Gdybyś jeszcze nie była pewna, że to syn, na wszelki wypadek kup kilogram soli i rozsyp ją obficie wokół siebie – chłopiec gwarantowany!



Będzie córka!

No rzeczywiście nie wyglądasz najlepiej – mówi (najpewniej) koleżanka – ciesz się, chciałaś mieć córkę, to ona ściąga z ciebie urodę.

Zjadłaś już trzy batoniki? – zdziwiony ukochany – Masz ochotę na słodkości? To pewne, że będzie dziewczynka.

Moja ciotka nauczycielka - Jest naukowo udowodnione, że nisko ułożony brzuch świadczy o tym, że urodzi się córka.

Uwaga! Gdybyś jeszcze nie była pewna, że to córka, na wszelki wypadek kup kilogram cukru i rozsyp obficie wokół siebie – dziewczynka pewna!


Polecamy książki - Sztuka kochania: Witamina „M”

Polecamy książki - Sztuka kochania: Witamina „M”:

witamina m ksiazka okadka

Pamiętacie Michalinę Wisłocką i jej kultową „Sztukę kochania"? Choć książka nie należy do najnowszych absolutnie powinien przeczytać ją każdy. Tu jednak o innej książce autorki „co uczyła Polaków jak się kochać". Witamina „M" to pozycja niezwykła i choć leciwa, wiele w niej mądrości i prawd, które nie tracą na aktualności. Ta najważniejsza dla dziecka witamina „M" to nic innego jak miłość matki, tworząca poczucie bezpieczeństwa u malucha. O relacji mama-dziecko, o tym jak świat odbiera mały człowiek, o porodzie, karmieniu, ale też o tym jak macierzyństwo wygląda u zwierząt (niezwykłe ciekawostki) – to wszystko w książce Wisłockiej. Warto przeczytać również dlatego, żeby zobaczyć, jak to było kiedyś, właściwie całkiem niedawno... Polecamy przyszłym rodzicom, ale nie tylko – naprawdę warto.