Pewnego niezbyt ciepłego jesiennego dnia moja żona postanowiła wybrać się na uwielbiany przez siebie shoppinG, przez duże G. Zazwyczaj nie oznacza to niczego dobrego, tym jednak razem było inaczej.
Ja z naszym 11-miesięcznym wtedy synem zostałem w domu. Bawiliśmy się jak zwykle w ekscytujące zabawy, takie jak: kuku aha, i maskotkowy teatrzyk, gdzie moja rola sprowadzała się do udawania głosów różnych zwierząt, które niezwykle intensywnie zabawiały naszego malucha. Cała ta zabawa znużyła w końcu mojego szkraba i po zjedzeniu zupki postanowił on odbyć rytualną drzemkę. Po jakimś czasie wróciła żona rozanielona udanymi zakupami, co zazwyczaj oznacza spore uszczuplenie naszego domowego budżetu.
- Zgadnij, co kupiłam dla Jasia - zawołała od progu.
Skąd mogłem wiedzieć. Ona wsunęła rękę do swojej wypełnionej po brzegi BARDZO ważnymi przedmiotami torebki i wyjęła z niej niezbyt duży kawałek szmatki. Wziąłem go do ręki, była miękka w dotyku, w kolorze, bo ja wiem, wyschniętej mandarynki. Miała przyszytą dość nieproporcjonalnie dużą głowę jakiegoś stworzenia. Do tej pory nie wiem, co to mogło być. Wszystko dokładnie przeszyte bez wystających nitek itp.
- Mordka przyjemna, ale co to właściwie jest? - zapytałem.
- No jak to? – zdziwiła się żona - Pan Szmatka!
- Aha, teraz wszystko stało się jasne. Pan Szmatka, czyli maskotka?
Po niedługiej chwili obudził się nasz maluch. Postanowiliśmy wejść do jego pokoju razem z nowym kolegą. Kiedy zobaczył Pana Szmatkę jego uśmiech zaczynał się na jednym a kończył na drugim uchu. Wyciągnął do góry ręce, tym jednak razem nie chciał wcale iść do nas, chciał nowego kolegę. Przytulił go mocno i dał mu buziaka w nos. Od tej pory Pan Szmatka stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Razem jemy posiłki, bawimy się itp. itd. Jaś nie wyobraża sobie snu bez swojego przyjaciela.
Tak intensywne eksploatowanie tej małej przytulanki wymaga dość częstego jej prania. Nie wiem czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, jak wielkie było zdziwienie naszego małego urwisa, kiedy zobaczył swojego kumpla w trakcie wirowania wewnątrz pralki. To była rozpacz, „ba ba bum bu ba bam bam", potok słów rozpaczy płynął z jego ust. Nie było łatwo mu wytłumaczyć, że jego przytulanka właśnie się kąpie i wcale jej to nie boli.
Innego razu żona postanowiła zabrać naszego łobuziaka do tak modnych teraz bawialni dla dzieci. Czas ten postanowiła wykorzystać na ponowne wypranie Pana Szmatki. Ja miałem wolny wieczór, poza wyciągnięciem go z automatu i powieszeniem, żeby zdążył wyschnąć przed wieczorem. Siedząc przed komputerem i pracując, oczywiście... zapomniałem. Zorientowałem się, kiedy spojrzałem na zegar. Była 18:15, a Jaś chodził spać o 19:15.
- O ... dziurka w serze - pomyślałem.
To była akcja jak z najlepszych amerykańskich superprodukcji. Kaloryfery odkręcone na maksa. Suszarka do włosów w ręce na pełnych obrotach. Pan Szmatka furgał na lewo i prawo pod wpływem gorącego powietrza. Ja zlany zimnym potem ratowałem sytuację. Po 30 minutach walki udało się, był suchy. W tym momencie przyszli do domu Jaś z mamą. Mały był już dość zmęczony i pierwsze czego szukał to oczywiście ukochanego przytulaka. Znalazł go na kaloryferze, gdzie Pan Szmatka przechodził ostatni etap suszenia. Ja odetchnąłem z ulgą, ale następnym razem na pewno nie popełnię takiego niedopatrzenia. Nie chcę nawet myśleć, co byłoby, gdyby Pan Szmatka uległ wypadkowi lub zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz